Elige una pista para reproducir
Biorę głęboki wdech, na pustkowiu środek zimy
Pod butami trzeszczy śnieg, gdy po lesie chodzę w ciszy
Nie mam sąsiadów, bo każdy człowiek już stąd wybył
Dla miastowych głęboka wieś to obiekt kpiny
Czasem łowię ryby, czasem rozstawiam sidła
W okolicznych mieścinach wszyscy znają się z nazwiska
Miejscowa policja z nudów się zachlewa
Podstarzały duszpasterz na ambonie co niedziela
Zewnętrzny świat ucieka nam jak woda przez palce
Nawet nie odczuwam zmian, mieszkając w tej bańce
Raz na pół godziny auto przejedzie przez zakręt
Zimą grzeję się przy piecu, latem siedzę na werandzie
Takich miejsc na mapie jest więcej, niż myślisz
Mam nadzieję, że zewnętrzny świat ich nigdy nie wyniszczy
Bo lubię żyć w ciszy, lubię rytm przyrody
Lubię, jak stłumione krzyki słychać spod podłogi
Jeśli zrobię się głodny, mam co włożyć na talerz
I nie mówię tu o rybie, którą w przeręblu złapałem
W piwnicy mam parkę przejezdnych studentek
Najpierw zjem tą chudszą, nie tykam tej korpulentnej
Dwa dni po sylwestrze niedaleko ich samochód
Na nieodśnieżonej drodze na zakręcie wpadł do rowu
Jedna była nieprzytomna, drugą ogłuszył mój obuch
Gdy z udawaną troską pytałem, czy jej pomóc
Wpierw do domu je przewiozłem, żeby nie uciekły
Potem auto ciągnikiem zaholowałem na śmietnik
Stan, Litwina, co na lewo auta skupuje na części
Tyle mięsa i pieniądze, nowy rok będzie piękny
Ten chudy już drugi dzień z gęby leci ślina
Dziwnie gałami przewraca niczym ogłuszona świnia
Ta druga wpierw przeklina, a później zaczyna błagać
Jak zobaczyła, że tą chudą rozbieram do naga
Sprawną ręką ciało chudej zaczynam piłować
Sześć mocnych pociągnięć, w ręku została mi głowa
Chciałem rozbawić tą drugą, lecz milczała przerażona
Kiedy udawałem, że odcięty łeb mi robi loda, hehehe
Chude biodra, każda z kończyn jak zapałka
Odrobina mięsa z pleców, już nie mówiąc o pośladkach
Wszystko wrzuciłem do garnka, niech się dusi całą dobę
Ta większa nie je trzeci dzień, na bank przymiera głodem
Początek był trudny, nie chciała w ogóle jeść
Płakała na łańcuchu w kącie zwinięta jak pies
Lecz gdy minął piąty dzień, przegrała nierówną walkę
Wygrał głód, zaczęła pochłaniać własną koleżankę
Najpierw w jeden talerz, później dwa kolejne
Apetyt może nawet anioła zamienić w bestię
Z początku niechętnie się poczęstowała mięsem
A teraz tak wpierdala, że chyba za moment pęknie
Minął kolejny dzień, tydzień, trzy tygodnie
W pokrytej rdzą miednicy jej uzupełniałem wodę
Mogła się napić, umyć i nie przymierała głodem
Wręcz przeciwnie, żarła, jakby sama szła na rolę
Nie myślałem, co z nią zrobię, to znaczy na pewno
Przyjdzie taki dzień, że pchany łaknieniem w końcu zjem ją
Lecz ona nie była głupia, nie należała do ciemnot
I jej zachowanie w któryś dzień moje plany ubiegło
Oddychałem ciężko, nie wierzyłem w to, co robi
Mówiąc bez zaceństwa, patrzyła mi prosto w oczy
Rozchyliła nogi, pieszcząc się tam na dole
I wypięła się, pytając, czy może w ten sposób wolę
Gdy schodziłem do niej jakąś minutę temu
Była taka rozpalona, ku mojemu zaskoczeniu
Stałem wryty jak dzieciuch niewierzący własnym oczom
Tego się nie spodziewałem w pomieszczeniu pod podłogą
Kobiety to kłopot, uczyła mnie matka
Gdy mi dała do wąchania ciemne plamy na swych majtkach
I wiem, że miała rację, takie są dziewczyny
Nikt poza mamą nigdy nie był dla mnie miły
Lecz w tej chwili, że tak powiem, opadła mi garda
I dziewczyna w piwnicy rozum z sercem mi ukradła
Sięgnęła do paska i ściągnęła mi spodnie
Chciała, bym odpiął jej łańcuch, bo tak będzie nam wygodniej
To nie było zbyt mądre, lecz ogarnął mnie popęd
I w sekundzie, kiedy uwolniłem jej stopy i dłonie
To był moment, kopnęła mnie w krocze z całej siły
W oczach ciemność, aż ugięły się pode mną giry
Bez chwili wahania zaczęła uciekać
Ja, zwinięty na glebie, piszczę jak płonące szczeniak
Gdy wbiegła do góry, popełniła karygodny błąd
Nie zamknęła klapy od podłogi, bym nie wyszedł stąd
Kiedy minął szok i ból, zdołałem się podnieść
Zgięty wpół udało mi się podciągnąć spodnie
Ruszyłem jej tropem, wybiegłem na mróz
Ocuciłem się, czując na spoconej twarzy chłód
Widzę jej koślawy trucht, ściągam sierp ze ściany
Tłusta świnko, nie uciekniesz, zostawiasz na śniegu ślady
Słońce ją oślepiło, dzień był wyjątkowo ładny
Biegła na oślep, potykając się o śnieżne zaspy
Chrum, chrum, biegnę uchachany, słyszę własny głos
Jestem kilka metrów za nią, już prawie o mały włos
Wyprowadzam mocny cios od góry tak, że pęka czaszka
Z jej nosa, ust i uszu strzela parująca farba
Ciężko upadła na glebę kilka metrów za płotem
Chwytam mocno rączkę sierpa i zaciągam ją z powrotem
Mam masarnię w oborze, zawieszam ją na haku
Nie była lekka, ale dobrze znam się na swym fachu
Napiął się pod nią łańcuch, trzeba oprawić tuszę
Podstawiam wiadro, żeby wpierw odsączyć juchę
Rozcinam skórę, zabieram się za obróbkę mięsa
Ona ma go serio sporo, a nie jak ta poprzednia
Mija trzecia godzina, gdy usłyszałem nagle
Coś tak jakby chyba dźwięk silnika przyniesiony z wiatrem
Otwieram wiatę, kurwa mać, widzę, że na polu
Po zaśnieżonej drodze wolno wlecze się radiowóz
Bez paniki, tylko się kontroluj, wszystko będzie dobrze
Choć w podwórzu ślady krwi by nawet niewidomy dostrzegł
Ocieram ostrze masarskiego noża o nogawkę
I przygotowuję się na konfrontację z policjantem
"Dzień dobry, panie władzo, co was tu sprowadza?"
Obaj wyszli z samochodu, jeden fajkę wnet odpala
"Dzień dobry, gospodarzu, taka wielkomiejska sprawa
Czy nie widział pan dwóch dziewczyn i zaginionego auta?
To była biała Fabia, 25-letnia
Dwie studentki niby tu jechały wracając z sylwestra
Pogoda była kiepska, pewnie uderzyły w drzewo
I przykryte hałdą śniegu w rowie zamarznięte leżą"
"Tu zero sygnału, internet się tnie
A ten stary gruchot, panie, ale gdzie tam GPS
Gdzie tam zasięg z telefonu? Tu jak kamień w wodę"
Policjant przerwał, kiedy ogarnął podwórze wzrokiem
"A te bordowe plamy?" "To? To świńska krew
Jedna locha mi uciekła, gdy rano sprzątałem chlew
Nadziała się na sierp leżący pod śniegiem
Więc musiałem ją dobić, a o dziewczynach nic nie wiem
Co ze mnie za gospodarz? Czekajcie tu, panowie
Dam wam coś na drogę, przecież marzniecie na mrozie"
W oborze dziewczyna, a raczej jej resztka
Wyglądała jak wisząca skóra na oparciu krzesła
Z pośladkowego mięśnia wyciąłem dwa fragmenty
Każdy po kilo trzysta w gazetę zawinięty
Po drodze wziąłem dwie butelki, wsadziłem za fartuch
I uśmiechnięty wróciłem na dwór do policjantów
"Macie tutaj po kawałku, dajcie to od razu żonom
Będzie z tego świetny gulasz albo królewski strogonow
A tu, jeśli mi wolno, bo oko władzy jest czujne
Macie tu po flaszce własnej roboty pigwówkę"
Bez dłuższej pogawędki odjechali uśmiechnięci
Wróciłem do masarni ciało rozłożyć na części
Sam się też uśmiechałem na myśl o drugiej z dziewczyn
Czując w przedniej kieszeni spodni jej kłamliwy język
I tak leci mi to życie, spokojnie, bez ekscesów
Hujam się w fotelu, głaszcząc sierp, palę w piecu
I co wieczór czuję wdzięczność, bo ten spokój jest mi drogi
A w tle kojące dźwięki błagania spod podłogi