Elige una pista para reproducir
Często w duszy mi dzwoni pieśń, wyłkana w żałobie
O tych dwojgu ludzieńkach, co kochali się w sobie
Lecz w ogrodzie szept pierwszy miłosnego wyznania
Stał się dla nich przymusem do nagłego rozstania
Nie widzieli się długo z czyjejś woli i winy
A czas ciągle upływał, bezpowrotny, jedyny
A gdy zeszli się, dłonie wyciągając po kwiecie
Zachorzeli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie!
Ust ich czerwień zagasła w zimnym śmierci fiolecie
I pobledli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie
Chcieli jeszcze się kochać poza własną mogiłą
Ale miłość umarła, już miłości nie było
I poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
By się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
Więc sił resztą dotrwali aż do wiosny, do lata
By powrócić na ziemię, lecz nie było już świata
Pod jaworem dwa łóżka, pod jaworem dwa cienie
Pod jaworem ostatnie, beznadziejne spojrzenie
I pomarli oboje bez pieszczoty, bez grzechu
Bez łzy szczęścia na oczach, bez jednego uśmiechu
Ust ich czerwień zagasła (zagasła) w zimnym śmierci fiolecie
I pobledli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie
Chcieli jeszcze się kochać poza własną mogiłą
Ale miłość umarła, już miłości nie było (oh)
I poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
By się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
Więc sił resztą dotrwali aż do wiosny, do lata (do wiosny, do lata)
By powrócić na ziemię, lecz nie było już świata
Świata
Świata
Świata
Świata